niedziela, 19 lipca 2015

II. Powiedziane w złą godzinę



- Wiesz zawsze możemy zrealizować powiedzenie: do trzech razy sztuka . - Zrobiłam minę niewiniątka.
                Chłopak spojrzał na mnie spode łba, marszcząc brwi. Nie odezwał się, co niekoniecznie było dobrym znakiem... Westchnął ciężko, obracając krzesło i usiadł na nim oplatając oparcie nogami.
  - Mała, co ty do cholery odstawiasz, co?           
  - Ja? To "mała" było do mnie? - Spojrzałam na niego z maską obojętności.
  - Nie, kurwa, do tamtego krasnoludka za tobą. - Kąciki jego ust powędrowały do góry.
  - Naprawdę?!
                Dla lepszego efektu spojrzałam za siebie, udając zaskoczoną kiedy nie zobaczyłam za sobą pięciocentymetrowego jegomościa w czerwonej czapce i brodą do ziemi.
 - Pomyślmy - co ja odwalam? Hmm... Mszczę się na wielkim arystokratycznym zadzie, który nie okazał, ani krzty szacunku dla osoby ewidentnie lepszej. 
 - To już było do krasnoludka, bo na pewno nie mówisz w tym momencie o mnie. Pomyślmy - niska, płaska i Nataniel się za ciebie bije. Może jednak powinienem ci współczuć? - Odchylił się na krześle, wycierając krew ściekającą po jego podbródku. Dobrze, że nie pobrudził mi okładki.
 - A może ja powinnam podarować ci tampony?              - Nie dzięki, mam swoje. Co ci się stało, że jesteś na wózku? - Spojrzał na mnie podejrzliwie.
                Obrona. Broń się albo uciekaj.
- A co ci się stało, że nie masz mózgu? Wypadek przy pracy siedemnaście lat temu?
                Moja niesprawność przestała mi dokuczać dawno temu, ale w takich momentach pojawiali się ludzie, którzy traktowali to jak dziwactwo, jak ułomność i nagle zmieniali swoje nastawienie.               Poczułam jak pod moimi powiekami zbierają się łzy, które chwilę później kapnęły na moją białą koszulę, a ja pochyliłam głowę, pozwalając żeby włosy opadły, zakrywając moją twarz.
 - Ej! Ty płaczesz? - Odgarnął włosy z mojej twarzy. - Hej, przestań. Nic się nie stało. ..Uśmiechnij się, proszę... Dla mnie? - Rzuciłam mu jedno spojrzenie, a on uśmiechnął się opiekuńczo. Jego oczy wyrażały troskę i smutek. Nagle zerwał się z miejsca .
 - Wróć. - Ktoś stanął za mną, ale nawet się nie odwróciłam. - Kastielu, mówię do ciebie.
                Czerwonowłosy zawrócił, tak że stały przy mnie już dwie osoby. Wskazał na mnie rękami, po czym tonem obrażonego dziecka wyjaśnił:
 - Ja jej nic nie zrobiłem, Lysander! A ona płacze jakby się nie wiadomo ci stało!
 - Po pierwsze podnieś to krzesło, zaraz ktoś się o nie przewróci. Po drugie... - Wziął głęboki wdech. - A idź w diabły, nie mam ochoty z tobą dzisiaj rozmawiać. Najpierw ktoś obił ci twarz, pewnie słusznie, a teraz dziewczyna przez ciebie płacze.
 - Stary, weź ją zostaw, to histeryczka... Chodź programy razem w piwnicy.
 - Nie. Idź i sobie graj, choćby i do białego rana, ale ją tu zostaję. Teraz, po raz ostatni, proszę cię abyś wyszedł z tego pomieszczenia.  I bez trzaskania drzwiami, to biblioteka.            
                Podniosłam wzrok na jasnowłosego chłopaka, chociaż jego ubranie było istnym żartem. Biała koszula, klipsy do mankietów, czarny frak i szafirowo zielony żabot na szyi może i wyglądały na nim dobrze, ale nadawały się do przedstawienia kostiumowego odgrywanego w czasach... Może nie średniowiecza, ale umówmy się że nie mam pomysłu gdzie się tak ubierano. Chyba spałam na historii.
 - Nie wiem czy mam ci podziękować czy cię ochrzanić.
 - Zależy co wolisz? Zniosę wszystko byleby poprawić humor dziewicy w potrzebie. - Zaśmiał się serdecznie.
 - Dziewicy? Skądże ten pomysł?- Udałam oburzoną dla żartu, ocierając łzy.
 - Miało zabrzmieć jak w teatrze. Dam ci chusteczkę i już nie płacz przez Kastiela. Taki już jest, najpierw zrobi, a potem pomyśli. - Wzruszył ramionami, podając mi paczkę. Wytarłam oczy, przyglądając się czarnym śladom tuszu, które zostały na białym materiale.
 - Tylko... On nic właściwie nie zrobił... Zadał proste pytanie z ciekawości... A ja zaczęłam przywoływać wspomnienia i tak wyszło.
 Nie wiedziałam czemu broniłam Kastiela, nie wiedziałam  też czemu się zwierzałam zupełnie mi obcej osobie. Nawet nie wiedziałam jak miał na imię...
 - Teraz ja zadam proste pytanie z ciekawości... Dlaczego on znowu krwawił z nosa? Planujesz mu go pewnego dnia urwać, jak w wierszykach dla dzieci? - zapytał sięgając po kolejną chustkę i przykładając do mojego policzka i ścierając ciemne ślady.
                Urwać mu nos... Niezły pomysł. Piątemu nosek ukręciła i poleciała.
 - Trochę mnie zirytował to oberwał. Nie powinieneś byś na lekcji? - Wbiłam wzrok w obgryzione skórki przy moich paznokciach. Przyjaciel Kastiela zamrugał jakbym go czymś zaskoczyła.
 - B-był już dzwonek?   
 - Z dziesięć minut temu! Nie słyszałeś go? Ją prawie ogłuchłam, a ty go nie słyszałeś?
  - Wybacz, ale trener chyba mnie udusi jeśli opuszczę jeszcze jedną godzinę w tym tygodniu... Jakoś tak się zamyśliłem. - Potrząsnął głową, podnosząc z ziemi swój plecak i kierując się do wyjścia. - I nie bądź taka skwaszona, masz śliczny uśmiech.
                Hmm... Ten chłopak jest interesujący. Ten jego dosyć dziwny styl, sposób mówienia i sposób bycia. Najpierw ucieka, a potem przychodzi tak po prostu pogawędzić... I jeszcze Kastiel. Był dosyć oschły, ale kiedy zobaczył że płacze był taki ciepły i opiekuńczy. Można by rzecz - fałszywy.
***
                Casandra spojrzała na mnie spod tłustych włosów i wyginając drobne usteczka pociągnięte pomadką w podkówkę, zaczęła narzekać:
- Ten nauczyciel jest okropny, całą lekcję kazał nam robić okrążenia, a potem wspinać się po linie. Nie znoszę liny!
                Rozczochrałam jej włosy z pobłażliwym uśmiechem na twarzy - to nie tak, że Cas nie lubi liny. Ona po prostu nie umie się na nią wdrapać jako jedyna z klasy i pewnie jest jej z tego powodu trochę głupio, skoro nawet największym ofiarom się to udaje.
 - Dałaś Kastielowi w twarz?
 - Nie było go na lekcji, nie wiem. Może sorka Frankiewicz go zwolniła, myślę, że naprawdę się przestraszyła. Nataniel ma niezły lewy sierpowy, nie? - Uśmiechnęła się, chowając przepoconą białą koszulkę do szafki i związując ze sobą sznurówki.
 - Po pierwsze, dziewczynko - ty nie wiesz co to lewy sierpowy. Po drugie - to chyba nie są twoje trampki, nie?
                Buty były trochę podniszczone, ale zniewalająco czyste - gumy i podeszwa wręcz lśniły, a sznurowadła wyglądały jak nowe.
 - A, nie. To szkolne, zapomniałam swoich... - wyjaśniła z cichym westchnieniem. - Pójdziesz ze mną poszukać Nata?
 - Zdaje się, że wlewa w siebie trzeci kubek kawy przy automatach. Chyba trochę przesadza, serce albo nerki prędzej czy później mu strzelą - mruknęłam.
                Sama uwielbiałam kawę - zawsze wieczorem piłam kubek dobrej, dosyć drogiej, z łyżeczką cukru. Mimo wszystko - wypić trzy porcje do południa? To może być nawet jakiś rekord.
 - Kawa? - Skrzywiła się. - Co ludzie widzą w kawie? Jakby nie było innych napojów - herbaty, soku, kakao albo wody... Ale w sumie może się napiję.
                Lukier rzucił się na mózg...


 - Dobra, nie gadajmy już o tym gorzkim i całkowicie czarnym napoju. Proszę - poprosiła zniesmaczona dziewczyna. No tak - czarny to zupełnie niepastelowy kolor... Gdyby ktoś wynalazł różową albo fioletową, ewentualnie błękitną - to by było coś.
 -  Lepiej go poszukajmy! - Ucieszyła się jakby dowiedziała się, że już nigdy w życiu nie będzie musiała wspinać się po linie, i w podskokach ruszyła do najbliższych automatów. Chciałam przypomnieć jej o mnie, ale już było za późno, bo już zniknęła za pierwszym zakrętem.  Pobiegła. A podobno jak kocha to nie odejdzie.
             Jeszcze wróci. Zawsze wraca.
          Nagle poczułam jak kilka kropel wody spływa mi na głowę. Szybko odwróciłam głowę i ujrzałam uśmiechniętego chłopaka z biblioteki. Widać, że dopiero co wziął prysznic, bo włosy miał jeszcze ‘’nieco’’ wilgotne, a jego ubranie lepiło się do jego ciała.
  - Przepraszam. Dopiero co się myłem - wyjaśnił.
 - Zauważyłam. - Zaśmiałam się sztucznie.
 - No tak, zapomniałem, że jesteś bardzo bystra, Margot. - On także się uśmiechnął, prezentując dołeczek w lewym policzku. Przynajmniej był tylko jeden - i nie taki głęboki jakby wywiercił go sobie wiertarką. Bo u Casandry tak to właśnie wyglądało.
 - Chwila, skąd wiesz jak mam na imię?
 - Zgadywałem? - Zmieszał się.
 - Nie wierzę ci, powiedz skąd to wiesz... No przecież cię nie uduszę. - Nalegałam. Gdyby wyglądało to naturalnie, to bym wstała i przysunęła twarz tak blisko żeby poczuć jego oddech. Czucie w nogach powoli wracało, a uczucie drętwienia było dosłownie nieznośne...
 - Od Kastiela... - Spuścił głowę.
 - A on skąd to wziął, z dupy? No gadaj! - Jednak się wkurzyłam i było mi dosyć blisko rzucenia się na niego z łapami...  Obiecaki-cacanki, a głupiemu radość.
 - Tego nie wiem! Naprawdę! - Przestraszył się jak baba, która widzi pająka. Z drugiej strony ja staram się nie panikować, kiedy jakiegoś widzę. Nie mogą wyczuć, że się boję...
 - Chociaż nigdy nie wiadomo co ma w spodniach... Kartotekę. - Zaśmiał się pod nosem, myśląc, że po nie słyszę. Przez chwilę patrzyłam na niego nic nie rozumiejąc, a po chwili wybuchłam niekontrolowanym śmiechem.
 - No dobra. - Wzruszyłam obojętnie ramionami. - Dobra. Oprócz mojego imienia mógł ci podać także ręcznik. Dlaczego jesteś CAŁY mokry? - zapytałam po chwili, mierząc go wzrokiem.
            Biała koszula przylegała do jego obojczyków, nawet turkusowy żabot pokrywały ciemne plamy. Co? Zapomniał, że po kąpieli trzeba użyć ręcznika i suszarki? Dobrze, że pamiętał żeby się ubrać...
 - No bo... Jak to powiedzieć... Zapomniałem o pewnej ważnej rzeczy... - Jego policzki pokryły się czerwienią, wbił wzrok w kałużę pod swoimi stopami. Siedem nieszczęść, garnek rozpaczy. To chyba rodzinne.
 - O jakiej?
 - Zamyśliłem się... I wszedłem pod prysznic w ubraniu...
            I tutaj robię soczystego facepalma, nabijając sobie siniaka na czole. Nie było w tej szkole normalnych osób, ale bez przesady. Bez żartów.
 - To żart, prawda? Gadaj komu się tak naraziłeś, że cię spłukał? - Rozejrzałam się po korytarzu, wypełnionym nastolatkami, jakby winny miał na czole wielką czerwoną strzałkę albo był ubrany w pasiak. Nie miałam pamięci do twarzy, nie poznałabym nawet ucznia naszej klasy, o mowie niewerbalnej nie wspominając - chyba miało to tylko fajnie wyglądać.
 - Serio jesteś bystra - Uśmiechnął się smutno. - To były tylko wygłupy. Oni mi nic nie zrobili... Tylko trochę oblali wodą.
            Eh, tłumaczył się jak dzieciak przed matką. A ja nawet nie wpadłam na pomysł wzruszenia ramionami i olania sprawy.
 - Oni?! Ile ich było?! - Przyznałby się, bo zaczynam się niecierpliwić.
- Dwóch. Na dodatek bliźniaków! Dramat! O matko!
            I córko.
 -  Mam pomysł! Napiszę piosenkę o podwójnym nieszczęściu... T ak... To będzie dobre.
 - Mam lepszy pomysł... Nie, nie. Mam jeszcze lepszy pomysł. - Nie mam żadnego pomysłu, tylko jestem wkurzona. Ale powinnam szybko coś wymyślić, bo inaczej już nie będę taka bystra jak się wydaje... Cholera.
            Myśl, myśl... Dosłownie słyszałam trybiki, obracające się w mojej głowie. Skoro je słyszałam, to chyba były nienaoliwione. Na moje usprawiedliwienie dodam, że moja wcześniejsza szkoła była normalna i w pierwszych tygodniach nikt nie zrobił nikomu prysznica. ‘’Chodź do nas, do Słodkiego Amorisa. Będzie fajnie’’
            Casandro, pożałujesz.
 - Nataniel zarządza własnością szkoły, nie? Może poratuje cię jakimś sportowym uniformem szkolnej drużyny.
 - Naprawdę nie trzeba...
 - Ależ trzeba! - Spojrzałam na niego poirytowana. - Teraz powinnam wstać i cię pociągnąć cię za śliniak, tfu, żabot w stronę pokoju gospodarzy, ale nie mogę, więc mógłbyś podwieźć mnie tam, żebym mogła osobiście pogadać o tym z Natanielem?
 - Oczywiście... - Pchnął mnie delikatnie i zaczął powoli prowadzić. - Wow, czuję się jak matka z dzieckiem.
 - Chyba powiedziałeś to w złą godzinę - prychnęłam, starając się wymyślić jakiś demoniczny plan utarcia mu nosa za takie teksty. - Nataniel, masz może jakieś zapasowe ubrania, bo kolega się zmoczył w spodnie? - szepnęłam złośliwie, ale na tyle cicho żeby usłyszał to tylko sam zainteresowany.
            Jeszcze rozejrzałam się dookoła. Nic się nie działo, chwila spokoju, pomijając rozwrzeszczanych idiotów, biegających po holach. Czy my jesteśmy w podstawówce? I gdzie ten przeklęty przewodniczący, jest zawsze kiedy go nie potrzeba, ale jak akurat chcę go zobaczyć to ze świecą szukać.
            W końcu! Poza tym Peggy szła za Natanielem cała podekscytowana, próbując go zatrzymać. Była jedną z nielicznych osób, które znałam z imienia - aż ciężko jej nie kojarzyć. Zwłaszcza, że wszędzie chodzi z dyktafonem - pudło o takich gabarytach zwraca uwagę...
 - Nataniel! - krzyknęła, unosząc rękę pod głowę, aby być choć trochę bardziej widoczna. Blondyn odwrócił się, a potem kiwnął w stronę Peggy i ruszył w naszym kierunku. Uśmiechnęłam się złośliwie do zażenowanego znajomego, ale nie zamierzałam robić coś tak okrutnego.
 - Margot, Lysander, coś nie tak? Kastiel znowu coś wymyślił?
 - Tym razem nie on, ale ktoś oblał Lysandra wodą. Gdybyś nie zauważył. - Wskazałam dłonią na przemoczonego chłopaka, ale szybko zacisnęłam dłoń, żeby ukryć pokaleczone palce. Obgryzanie skórek to jednak bardzo zły nawyk.
 - No tak. Zaraz przyniosę jakieś ubrania i ręcznik. Kto to zrobił? - Oparł się ramieniem o drzwi, otwierając je.
                        Pomieszczenie było mniejsze niż zwykła klasa, mniej więcej o połowę. Okna były zasłonięte splątanymi żaluzjami, a po podłodze walały się papierowe kubki po kawie i kilka zgniecionych butelek. Na biurku leżały wieże z książek, zeszytów i luźnych kartek.
 - A więc to tutaj. Jakieś bliźniaki, nie wiem. Nie macie w tej szkole monitoringu? Ani sprzątaczki?
 - Nie miałem czasu tutaj posprzątać, mam nadzieję, że wam to specjalnie nie przeszkadza. - Nataniel uklęknął przy jednej z szafek i podał mi szkolny strój sportowy, składający się z czarno-białej koszulki i czarno-błękitnych, luźnych dresów.
            Sryt-Madryt, Ameryka. Takie cuda tylko w Amorisie. A może po prostu dobijają przeciwne drużyny swoim wyglądem.
            Zapamiętać - nigdy nie zapominać stroju od w-f, nawet jeśli nigdy nie ćwiczyłam. Nigdy nie pozwól żeby wbili cię w to wdzianko. Nawet za cenę życia.

środa, 15 lipca 2015

I. Krwawe przypadki



                Casandra jak zwykle wręcz tryskała wrodzonym optymizmem. Dla tej wyjątkowej osóbki chodzenie było po prostu zbyt nudne - musiała skakać, biegać, tańczyć albo chociaż podrygiwać jak krewetka na patelni. Tym razem z szerokim uśmiechem biegła w moją stronę, wywijając kabelkiem słuchawek.
                Bez wątpienia - bardzo urocze stworzonko z jasnymi włosami do ramion, dołeczkami w policzkach i wielkich jak u szczeniaka zielonych oczętach. W połączeniu z jej drobną, dziecięcą sylwetką i pastelowymi kolorami, które uwielbiała, sprawiała wrażenie wyjątkowo słodkiej dziewczynki z podstawówki, która radośnie wymachuje różowym workiem z kapciami.
  - Bałam się, że się spóźnię! Kochanie moje, długo czekałaś? - zapytała radośnie. Pokręciłam głową, układając torbę na kolanach. Była taka wrażliwa i troskliwa. No - można rzecz, że byłyśmy najlepszą parą w liceum i darzyłyśmy się większą miłością niż jakikolwiek człowiek mógłby darzyć innego. Byłyśmy świetnymi przyjaciółkami, rozumiałyśmy się bez słów i takie tam pierdoły.
  - Nie, tylko kilka minut. Ile cukru wsypałaś rano do płatków, no?
 - Za dużo, Marguś. Stanowczo za dużo. - Pokiwała energicznie głową.
 - Cóż, następnym razem proponuję trochę soli. Chciałabym cię zobaczyć choć raz bez tego uśmieszku na twarzy...
 - Też cię kocham, gołąbeczku! - krzyknęła radośnie przez co kilka osób obejrzało się z minami typu "a, to tylko ona" - Poza tym co ty taka nie w humorze? Ale ja już wiem, co poprawi ci humor - babeczki. Takie z dżemem i różowym lukrem! - oznajmiła kładąc swój plecak na moich kolanach.
                Była taką nastolatką jaką widzi się kiedy ktoś mówi 'stereotypowa nastka' - wiecznie chodziła zakochana, piekła babeczki z ozdóbkami albo organizowała piżama party... Poza tym miała niepowstrzymane zapędy do zabawy moimi włosami, zakupu pierdółek typu porcelanowe kotki na targach i wyrażania się nieco głośniej niż powinna
 - Babeczki? Znowu? Wiesz, że je lubię, ale od święta! Jak będziesz mi je przynosić dzień w dzień, to w końcu zwymiotuję różowym! Ale jednak... Daj mi jedną! - Uśmiechnęłam się wiedząc, że to ją tylko uszczęśliwi. I miałam rację - wyszczerzyła się jeszcze bardziej i wzięła różowego potwora również dla siebie.
 - Co jak co, ale chyba przesadziłaś z tym lukrem! - Skrzywiłam się.
 - Żartujesz! Różowego nigdy za wiele! - powiedziała z pełnymi ustami.
 - Chyba jednak tak, dostaniesz cukrzycy jeśli będziesz pochłaniać tyle słodyczy. A teraz zawieźć mnie pod drzwi sali biologicznej i pamiętaj, że to nie jest Formuła 1. - Zamknęłam oczy. Jazda czymkolwiek z nią sprowadzała się do nienaturalnie szybkich prędkości i zwykle kończyła tym, że od razu wracało mi czucie w nogach. Dostawałam też bonus do znajomości przekleństw.
                Cas była niska. Aerodynamiczna. I trenowała łyżwiarstwo, co prowadziło do nieuniknionych katastrof. O dziwno - tym razem popchnęła mnie niezwykle spokojnie i powoli, nie wzbudzając większych sensacji.
- Co się z tobą stało? Nawet nie było tego mocnego pchnięcia co zwykle - to dla mnie ulga, ale...
                Odwróciłam się i spojrzałam na uśmiechniętą przyjaciółkę i od razu zauważyłam 'coś' w jej oczach. Nie była to niepohamowana radość i słodycz, raczej nieobecny wzrok skierowany przed siebie. Odwróciłam się przez przez ramię i prawie wywaliłam wózek, a ona nie zareagowała.
                Zrozumiałam o co jej chodziło. Moja kochana mała Casandra zakochała się. Zakochanie nie jest od razu, najpierw jest zauroczenie, ale Cas miała za sobą stanowczo za dużo zauroczeń i to nie był ten sam wzrok. Jak to mówią - miłość od pierwszego wejrzenia, czy jakoś tak. Nie znam się na tym, nie mój klimat.
                 Moim zdaniem nie istnieje prawdziwa miłość do końca życia. Nawet jak ktoś się pobierze to wiadome jest to, że się rozwiedzie. Albo teraz albo później, ale tak będzie. Może być też tak, że kiedy jeden ze staruszków umrze drugi odetchnie z ulgą, że to już koniec, bo nie miał serca się rozstać.
                Coś o tym wiem, ponieważ nie mam mamy, ale szczerze nie jestem jakoś szczególnie tym przejęta. Było. Zabolało jak cholera. Przepłakałam kilka miesięcy. Prawie zawaliłam semestr. Prawie narobiłam głupot. Okey, to prawda, nie przeczę.  Było, minęło. Bywa. To nazywa się prawdziwe życie. Wracając do obiektu westchnień Cas był to... Taa. No niemalże drugi Adonis. Gdyby jeszcze był wyższy, lepiej zbudowany, gdyby nie wyglądał jak kij i nie był taki blady... Albo gdyby był przystojny.
 - Chyba mi nie powiesz, że mnie zostawiasz dla..! Świnia! Bezguście! - burknęłam pod nosem, bez większych skrupułów zrzucając jej plecak na ziemię i ignorując rozsypane książki.
                Moja kochana blondyneczka zalazła sobie zajęcie - razem ze swoimi słodkościami wdzięczyła się do Nataniela, niemal wpychając mu jedzenie do ust i śmiejąc jak wariatka. O Boże... No już nie żeby coś, ale bywają lepiej zbudowani, przystojniejsi, mniej... Ciotowaci?
                Tak czy siak zostałam sama. Nie żeby mi to przeszkadzało, nie to nie. Sama też dam radę.
 - Przepraszam, możesz odsunąć to krzesło?
 - A co? Bozia rączek nie dała? - Uśmiechnął się łobuzersko... No właśnie, kto to właściwie jest?            Wcześniej go nie widziałam na oczy. Muszę przyznać, że wyglądał jak jakiś koleś, który nie ma co robić, tylko farbować włosy.
                Czerwone kłaki... Nie wiem dlaczego, ale od razu skojarzyło mi się to z ‘’comiesięczną katastrofą’’. Dziwne skojarzenia. Chyba znajomość z Casandrą nie wpłynęła na mnie dobrze, a może po prostu nadmiar masła i cukru rzucił mi się na umysł?
                Może tak naprawdę jest kobietą, która została porzucona przez faceta i zdesperowana chciała zobaczyć jak wygląda świat ze strony płci przeciwnej..? Chyba jednak tata ma rację - za często oglądam seriale ‘dokumentalne’.
 - A mózg dała? - prychnęłam z pogardą. - A więc sprawa wygląda następująco - rączki może dała, ale sprawnych nóżek nie, gdybyś nie zauważył.
                Dla większego efektu zrzuciłam z ławki piórnik, rozkoszując się jego zdezorientowaną miną. Mimo wszystko Pan Okres na Szanownej Głowie nawet się nie ruszył, zatkało go.
                Aaa... Pardon - już rozumiem. Powinnam w tym momencie się rozpłakać, rzucić i go przepraszać za to że śmiałam zakłócić jego spokój, po czym sama odsunąć to przeklęte krzesło i siedzieć skulona jak sierotka Marysia. Uroczo, ale nie. Wolę wezwać posiłki.
 - Nataniel! Mógłbyś na chwilę? Bo mam dosyć duży problem i to z czerwonymi włosami! - zawołałam go uśmiechając się diabelsko. Ten tylko skinął głową do Cas, która miała wyciągać następną babeczkę i szybko podbiegł do mnie i pana Okres-Na-Głowie.
-  O co chodzi? Co się stało? Nic ci nie jest? Masz problem? - Zalał mnie pytaniami, patrząc wrogo na gostka.
  - Myślałam, że jesteś bardziej kumaty jak na gospodarza, ale okey. Tak mam problem, z tym oto panem, który bardzo cierpi z racji, że musi podnieść swój jakże ciężki tyłek i mi pomóc. - Mówiłam powoli, aby zrozumiał sens tych zdań.
                Spodziewałam się, że mi pomoże, krzywo się spojrzy i ucieknie z podkulonym ogonem, zwłaszcza, że zadzwonił dzwonek. Jednak w tym samym momencie jego pięść przeleciała przed moją twarzą i dosłownie rozkwasiła rudej małpie nos. Kilka kropli uderzyło o blat, zanim zrozumiał co się dzieje i przyłożył do nosa rękaw bordowej koszulki.    
 - Są z nim jeszcze jakieś problemy? Kastiel ci dokucza? - zapytał, odstawiając krzesło w kąt klasy i uśmiechając w moją stronę delikatnie.
                 Właściwie to on zwykł uśmiechać się do wszystkich, jacy by oni nie byli - nie żeby taka przyklejona do twarzy, wystudiowana przed lustrem mimika wyglądała specjalnie dobrze... Był miły, oczywiście. Ale brakowało mu asertywności, pewności siebie i gdyby się tak zastanowić - nie miał osobowości.
 - Nie, już w porządku. Masz lukier na policzku - poinformowałam, wskazując palcem obszar twarzy gdzie się ubrudził. Starł plamę chusteczką i spojrzał na Casandrę.
  - Nie zrozum mnie źle, jest bardzo sympatyczna. Tylko, że nie lubię słodyczy, żadnych.            
                Nie zrozumiałam po co mi ta informacja. Mógłby mieć jaja chociaż do momentu, w którym jest się z dziewczyną szczerym, a nie czyni aluzje jej przyjaciółce.
 - Moi państwo, co to ma być? Black, dlaczego krwawisz z nosa? Morgan, odłóż konsolę albo odbierzesz ją po lekcjach. Smith, przestań prostować włosy na mojej lekcji. - Nauczycielka wparowała do klasy stukając obcasami czarnych szpilek i uderzyła dziennikiem w biurko. - Wróć. Moi państwo, ja nie wnikam kto i dlaczego... Idź do toalety, Black. Nie teraz, jak się przywitamy i sprawdzę zadanie. - Powstrzymała chłopaka gestem ręki.
                Swoją drogą wyglądał jak garnek czystej rozpaczy - materiał przepojony krwią nie chłonął więcej płynu, więc czerwone krople płynęły po jego bladej dłoni, palcach, po czym wsiąkały w przetarte jeansy. Sięgnęłam do torby po chusteczki - nie dlatego, że było mi go jakoś specjalnie żal. Po prostu brzydził mnie widok krwi... Ohyda.
                Podałam mu je, a on na mnie spojrzał jak na wariatkę.
  - Żartujesz sobie? Najpierw na mnie nasyłasz lalusia, aby potem dać mi chusteczkę? Jesteś stuknięta! - oburzył się.
- Robię to tylko dlatego, że nie lubię widoku krwi - Odwróciłam głowę, aby nie patrzeć na to krwawe pobojowisko na jego twarzy i lewym nadgarstku.
 - Nie lubisz krwi serio? - Miał dziwny ton, taki podstępny. Nagle przed moimi oczami wylądowała chusteczka z jego okresem z nosa!
- Uważaj albo zaraz oberwiesz jeszcze ode mnie! - warknęłam, odrzucając próbkę jego osocza daleko od siebie. Było mi niedobrze i czułam jakbym miała rzygać, poza tym nie powinnam wstawać tylko żeby przylać komuś w twarz, ale...
- Młoda damo, co to za wygłupy. Podnieś to natychmiast i przeproś!   
                Otworzyłam usta ze zdziwienia, czując, że zbiera mi się na płacz. Bardzo chętnie bym mu wygarnęła, tak samo jak chemiczce... Ale jednak nie miałam odwagi, a ton jej głosu mówił mi, że nie ma mowy o jakiejkolwiek dyskusji.
 - Przepraszam - burknęłam niezadowolona. - Po lekcji urżnę ci łeb. I przestań, do cholery, krwawić na ławkę!
 - Tak jest, młoda damo - Zaśmiał się salutując i powrócił do niesłuchania lekcji. Kiedy zabrzmiał dzwonek nawet nie zdążyłam sięgnąć po książki, aby je spakować do torby, a już sala była prawie pusta.
                Została tylko nauczycielka, Casandra i jakiś chłopak o dziwnych oczach. Spojrzałam na niego krótko, ale najwyraźniej go wystraszyłam, ponieważ szybko wybiegł z klasy.
  - Świetnie działasz na chłopców, kochana - Zaśmiała się. - Jeden na zawołanie bije drugiego, drugi krwawi i ciągle gapi się na ciebie na lekcji, a trzeci ucieka tylko jak na niego spojrzysz.
 - Nie jest tak źle! - obraziłam się. - Chwila, chwila... Ten czerwony dupek się na mnie gapił?
 - Tak, całą lekcję, ale cię pocieszę nie był to wzrok zakochany, lecz pełen nienawiści.
                Wzdrygnęłam się na myśl dzisiejszej krwawo-stechiometrycznej lekcji chemii, osłodzonej jedynie jakimiś ofiarami które nie umiały nawet wyliczyć masy substratów... Jak oni zaliczyli gimnazjum?
  - Zakochanej małpy mi brakuje... Kto to w ogóle był? Ten co poleciał jakbym zamierzała go gonić - uściśliłam wskazując palcem na drzwi, którymi przed chwilą wybiegł typ. Może ma coś na sumieniu...?
                Cokolwiek to jest muszę się o tym dowiedzieć. W końcu jestem ciekawska i zawsze dostaję to czego tylko zechcę.
 - Co teraz mamy? - spytałam przyjaciółki, która już zdążyła wyprowadzić mnie z klasy.
 - W-f... No to masz wolne, kochana, ale ci zazdroszczę! Ten trener jest taki okropny, wyciska z nas siódme poty!
 - Będę tęsknić... Dopilnuj żeby małpa oberwała po raz drugi w nos i udowodnij im wszystkim, że dziewczyny w sporcie są lepsze. Zawsze są lepsze. - Cmoknęłam z niezadowoleniem. Gdyby nie przeklęte zapalenie to pokazałabym im co oznacza mieć mięśnie i jak daleko można rzucić piłeczką palantową. Blondynka odbiła się kilka razy na palcach z zaciętą miną.
- Miłej zabawy w bibliotece... Nataniel!
Kiedy tylko go zobaczyła, sięgnęła do torby z zamiarem wpakowania mu do ust następnej porcji babeczek, a ten spojrzał na mnie wzrokiem proszącym o pomoc... Co za ciota.
 - Cas, wiesz, może nie przed w-f... Jeszcze złapie kolkę. Zdążyłabyś szybciutko polecieć mi jeszcze po co coś do picia? - Wcisnęłam przyjaciółce banknot do ręki i popchnęłam w stronę automatów, która tylko wymamrotała cała czerwona pod nosem 'kolka... Nie pomyślałam...'. Wywróciłam oczami, patrząc na blondyna.
 - Miałbyś jaja odmówić...          
 - Mam jaja! To znaczy... - Zmieszał się. - Ona jest taka dobra i niewinna, nie mogę jej odmówić, bo bym jej sprawił przykrość...
 - O matko i córko! Jak je masz to mi to pokaż! - Spojrzał na mnie zdziwionym i przestraszonym wzrokiem, po czym cofnął się kilka kroków.
 - Nie chodziło mi o to! Ja tylko... Dobra zapomnij o tym. Nic nie mówiłam. - Machnęłam ręką.
- T-to... - zająknął się wpychając ręce w kieszenie, a ja parsknęłam śmiechem układając dłonie na kołach. Czasem naprawdę bywał zabawny, kiedy nie wiedział co ze sobą zrobić... 
- Słuchaj, nie mogę całe życie ocalać twojego nieśmiałego tyłka, Nat. Możesz iść. - Wprawiłam koła mojego wózka w ruch, kierując się w stronę biblioteki.
                Nataniel nie ruszył się z miejsca, patrzył wbity w ziemię jak kołek, a kiedy znalazłam się przed drzwiami szybko podbiegł i mi je otworzył. Spojrzałam na niego jak na idiotę, który mnie śledzi albo nie ma nic bardziej fascynującego do roboty i skierowałam się w stronę jednego z wolnych stolików.
                Postanowiłam zrobić zadanie z fizyki, aby mieć je później z głowy i móc trochę pograć na skrzypcach. Kiedy zaczęłam rozwiązywać zadania ktoś przysiadł się koło mnie. Podniosłam głowę i o mało nie dostałam zawału...
 - Co ty tutaj robisz? Tacy idioci jak ty nie przychodzą do biblioteki, nawet nie umieją czytać! - burknęłam, zatrzaskując książkę. Chłopak uśmiechnął się do mnie złośliwie, po czym uniósł lekko brwi.
 - Och, Nataniela tutaj nie ma. Kto by pomyślał? Kto cię teraz obroni? - Rozłożył bezradnie ramiona. Nie lubię brudzić sobie rączek przemocą, ale czasem nie ma wyboru. Jeśli nie można go niczego nauczyć słowami, trzeba użyć siły, jak na zwierzęciu. Złapałam podręcznik w obie ręce i uderzyłam.
 - Fuck! Drugi raz!
Lydia - Land of Grafic