- Wiesz zawsze możemy zrealizować powiedzenie: do trzech
razy sztuka . - Zrobiłam minę niewiniątka.
Chłopak
spojrzał na mnie spode łba, marszcząc brwi. Nie odezwał się, co niekoniecznie
było dobrym znakiem... Westchnął ciężko, obracając krzesło i usiadł na nim
oplatając oparcie nogami.
- Mała, co ty do cholery odstawiasz, co?
- Ja? To "mała" było do mnie? -
Spojrzałam na niego z maską obojętności.
- Nie, kurwa, do tamtego krasnoludka za tobą.
- Kąciki jego ust powędrowały do góry.
- Naprawdę?!
Dla
lepszego efektu spojrzałam za siebie, udając zaskoczoną kiedy nie zobaczyłam za
sobą pięciocentymetrowego jegomościa w czerwonej czapce i brodą do ziemi.
- Pomyślmy - co ja
odwalam? Hmm... Mszczę się na wielkim arystokratycznym zadzie, który nie
okazał, ani krzty szacunku dla osoby ewidentnie lepszej.
- To już było do
krasnoludka, bo na pewno nie mówisz w tym momencie o mnie. Pomyślmy - niska,
płaska i Nataniel się za ciebie bije. Może jednak powinienem ci współczuć? -
Odchylił się na krześle, wycierając krew ściekającą po jego podbródku. Dobrze,
że nie pobrudził mi okładki.
- A może ja powinnam
podarować ci tampony? - Nie
dzięki, mam swoje. Co ci się stało, że jesteś na wózku? - Spojrzał na mnie
podejrzliwie.
Obrona.
Broń się albo uciekaj.
- A co ci się stało, że nie masz mózgu? Wypadek przy pracy
siedemnaście lat temu?
Moja
niesprawność przestała mi dokuczać dawno temu, ale w takich momentach pojawiali
się ludzie, którzy traktowali to jak dziwactwo, jak ułomność i nagle zmieniali
swoje nastawienie. Poczułam
jak pod moimi powiekami zbierają się łzy, które chwilę później kapnęły na moją
białą koszulę, a ja pochyliłam głowę, pozwalając żeby włosy opadły, zakrywając
moją twarz.
- Ej! Ty płaczesz? -
Odgarnął włosy z mojej twarzy. - Hej, przestań. Nic się nie stało. ..Uśmiechnij
się, proszę... Dla mnie? - Rzuciłam mu jedno spojrzenie, a on uśmiechnął się
opiekuńczo. Jego oczy wyrażały troskę i smutek. Nagle zerwał się z miejsca .
- Wróć. - Ktoś stanął
za mną, ale nawet się nie odwróciłam. - Kastielu, mówię do ciebie.
Czerwonowłosy
zawrócił, tak że stały przy mnie już dwie osoby. Wskazał na mnie rękami, po
czym tonem obrażonego dziecka wyjaśnił:
- Ja jej nic nie
zrobiłem, Lysander! A ona płacze jakby się nie wiadomo ci stało!
- Po pierwsze podnieś
to krzesło, zaraz ktoś się o nie przewróci. Po drugie... - Wziął głęboki wdech.
- A idź w diabły, nie mam ochoty z tobą dzisiaj rozmawiać. Najpierw ktoś obił
ci twarz, pewnie słusznie, a teraz dziewczyna przez ciebie płacze.
- Stary, weź ją
zostaw, to histeryczka... Chodź programy razem w piwnicy.
- Nie. Idź i sobie
graj, choćby i do białego rana, ale ją tu zostaję. Teraz, po raz ostatni,
proszę cię abyś wyszedł z tego pomieszczenia.
I bez trzaskania drzwiami, to biblioteka.
Podniosłam
wzrok na jasnowłosego chłopaka, chociaż jego ubranie było istnym żartem. Biała
koszula, klipsy do mankietów, czarny frak i szafirowo zielony żabot na szyi
może i wyglądały na nim dobrze, ale nadawały się do przedstawienia kostiumowego
odgrywanego w czasach... Może nie średniowiecza, ale umówmy się że nie mam
pomysłu gdzie się tak ubierano. Chyba spałam na historii.
- Nie wiem czy mam ci
podziękować czy cię ochrzanić.
- Zależy co wolisz?
Zniosę wszystko byleby poprawić humor dziewicy w potrzebie. - Zaśmiał się
serdecznie.
- Dziewicy? Skądże
ten pomysł?- Udałam oburzoną dla żartu, ocierając łzy.
- Miało zabrzmieć jak
w teatrze. Dam ci chusteczkę i już nie płacz przez Kastiela. Taki już jest,
najpierw zrobi, a potem pomyśli. - Wzruszył ramionami, podając mi paczkę.
Wytarłam oczy, przyglądając się czarnym śladom tuszu, które zostały na białym
materiale.
- Tylko... On nic właściwie
nie zrobił... Zadał proste pytanie z ciekawości... A ja zaczęłam przywoływać
wspomnienia i tak wyszło.
Nie wiedziałam czemu
broniłam Kastiela, nie wiedziałam też
czemu się zwierzałam zupełnie mi obcej osobie. Nawet nie wiedziałam jak miał na
imię...
- Teraz ja zadam
proste pytanie z ciekawości... Dlaczego on znowu krwawił z nosa? Planujesz mu
go pewnego dnia urwać, jak w wierszykach dla dzieci? - zapytał sięgając po
kolejną chustkę i przykładając do mojego policzka i ścierając ciemne ślady.
Urwać
mu nos... Niezły pomysł. Piątemu nosek ukręciła i poleciała.
- Trochę mnie
zirytował to oberwał. Nie powinieneś byś na lekcji? - Wbiłam wzrok w obgryzione
skórki przy moich paznokciach. Przyjaciel Kastiela zamrugał jakbym go czymś
zaskoczyła.
- B-był już dzwonek?
- Z dziesięć minut
temu! Nie słyszałeś go? Ją prawie ogłuchłam, a ty go nie słyszałeś?
- Wybacz, ale trener chyba mnie udusi jeśli
opuszczę jeszcze jedną godzinę w tym tygodniu... Jakoś tak się zamyśliłem. -
Potrząsnął głową, podnosząc z ziemi swój plecak i kierując się do wyjścia. - I
nie bądź taka skwaszona, masz śliczny uśmiech.
Hmm...
Ten chłopak jest interesujący. Ten jego dosyć dziwny styl, sposób mówienia i
sposób bycia. Najpierw ucieka, a potem przychodzi tak po prostu pogawędzić... I
jeszcze Kastiel. Był dosyć oschły, ale kiedy zobaczył że płacze był taki ciepły
i opiekuńczy. Można by rzecz - fałszywy.
***
Casandra
spojrzała na mnie spod tłustych włosów i wyginając drobne usteczka pociągnięte
pomadką w podkówkę, zaczęła narzekać:
- Ten nauczyciel jest okropny, całą lekcję kazał nam robić
okrążenia, a potem wspinać się po linie. Nie znoszę liny!
Rozczochrałam
jej włosy z pobłażliwym uśmiechem na twarzy - to nie tak, że Cas nie lubi liny.
Ona po prostu nie umie się na nią wdrapać jako jedyna z klasy i pewnie jest jej
z tego powodu trochę głupio, skoro nawet największym ofiarom się to udaje.
- Dałaś Kastielowi w
twarz?
- Nie było go na
lekcji, nie wiem. Może sorka Frankiewicz go zwolniła, myślę, że naprawdę się
przestraszyła. Nataniel ma niezły lewy sierpowy, nie? - Uśmiechnęła się,
chowając przepoconą białą koszulkę do szafki i związując ze sobą sznurówki.
- Po pierwsze,
dziewczynko - ty nie wiesz co to lewy sierpowy. Po drugie - to chyba nie są
twoje trampki, nie?
Buty
były trochę podniszczone, ale zniewalająco czyste - gumy i podeszwa wręcz
lśniły, a sznurowadła wyglądały jak nowe.
- A, nie. To szkolne,
zapomniałam swoich... - wyjaśniła z cichym westchnieniem. - Pójdziesz ze mną
poszukać Nata?
- Zdaje się, że wlewa
w siebie trzeci kubek kawy przy automatach. Chyba trochę przesadza, serce albo
nerki prędzej czy później mu strzelą - mruknęłam.
Sama
uwielbiałam kawę - zawsze wieczorem piłam kubek dobrej, dosyć drogiej, z
łyżeczką cukru. Mimo wszystko - wypić trzy porcje do południa? To może być
nawet jakiś rekord.
- Kawa? - Skrzywiła
się. - Co ludzie widzą w kawie? Jakby nie było innych napojów - herbaty, soku,
kakao albo wody... Ale w sumie może się napiję.
Lukier
rzucił się na mózg...
- Dobra, nie
gadajmy już o tym gorzkim i całkowicie czarnym napoju. Proszę - poprosiła
zniesmaczona dziewczyna. No tak - czarny to zupełnie niepastelowy kolor...
Gdyby ktoś wynalazł różową albo fioletową, ewentualnie błękitną - to by było
coś.
- Lepiej go poszukajmy! - Ucieszyła się jakby
dowiedziała się, że już nigdy w życiu nie będzie musiała wspinać się po linie,
i w podskokach ruszyła do najbliższych automatów. Chciałam przypomnieć jej o
mnie, ale już było za późno, bo już zniknęła za pierwszym zakrętem. Pobiegła. A podobno jak kocha to nie
odejdzie.
Jeszcze wróci. Zawsze wraca.
Nagle
poczułam jak kilka kropel wody spływa mi na głowę. Szybko odwróciłam głowę i
ujrzałam uśmiechniętego chłopaka z biblioteki. Widać, że dopiero co wziął prysznic,
bo włosy miał jeszcze ‘’nieco’’ wilgotne, a jego ubranie lepiło się do jego
ciała.
-
Przepraszam. Dopiero co się myłem - wyjaśnił.
- Zauważyłam.
- Zaśmiałam się sztucznie.
- No tak,
zapomniałem, że jesteś bardzo bystra, Margot. - On także się uśmiechnął,
prezentując dołeczek w lewym policzku. Przynajmniej był tylko jeden - i nie
taki głęboki jakby wywiercił go sobie wiertarką. Bo u Casandry tak to właśnie
wyglądało.
- Chwila,
skąd wiesz jak mam na imię?
- Zgadywałem?
- Zmieszał się.
- Nie wierzę
ci, powiedz skąd to wiesz... No przecież cię nie uduszę. - Nalegałam. Gdyby
wyglądało to naturalnie, to bym wstała i przysunęła twarz tak blisko żeby
poczuć jego oddech. Czucie w nogach powoli wracało, a uczucie drętwienia było
dosłownie nieznośne...
- Od
Kastiela... - Spuścił głowę.
- A on skąd
to wziął, z dupy? No gadaj! - Jednak się wkurzyłam i było mi dosyć blisko
rzucenia się na niego z łapami... Obiecaki-cacanki,
a głupiemu radość.
- Tego nie
wiem! Naprawdę! - Przestraszył się jak baba, która widzi pająka. Z drugiej
strony ja staram się nie panikować, kiedy jakiegoś widzę. Nie mogą wyczuć, że
się boję...
- Chociaż
nigdy nie wiadomo co ma w spodniach... Kartotekę. - Zaśmiał się pod nosem,
myśląc, że po nie słyszę. Przez chwilę patrzyłam na niego nic nie rozumiejąc, a
po chwili wybuchłam niekontrolowanym śmiechem.
- No dobra. -
Wzruszyłam obojętnie ramionami. - Dobra. Oprócz mojego imienia mógł ci podać
także ręcznik. Dlaczego jesteś CAŁY mokry? - zapytałam po chwili, mierząc go
wzrokiem.
Biała
koszula przylegała do jego obojczyków, nawet turkusowy żabot pokrywały ciemne
plamy. Co? Zapomniał, że po kąpieli trzeba użyć ręcznika i suszarki? Dobrze, że
pamiętał żeby się ubrać...
- No bo...
Jak to powiedzieć... Zapomniałem o pewnej ważnej rzeczy... - Jego policzki
pokryły się czerwienią, wbił wzrok w kałużę pod swoimi stopami. Siedem
nieszczęść, garnek rozpaczy. To chyba rodzinne.
- O jakiej?
- Zamyśliłem
się... I wszedłem pod prysznic w ubraniu...
I
tutaj robię soczystego facepalma, nabijając sobie siniaka na czole. Nie było w
tej szkole normalnych osób, ale bez przesady. Bez żartów.
- To żart,
prawda? Gadaj komu się tak naraziłeś, że cię spłukał? - Rozejrzałam się po
korytarzu, wypełnionym nastolatkami, jakby winny miał na czole wielką czerwoną
strzałkę albo był ubrany w pasiak. Nie miałam pamięci do twarzy, nie poznałabym
nawet ucznia naszej klasy, o mowie niewerbalnej nie wspominając - chyba miało
to tylko fajnie wyglądać.
- Serio
jesteś bystra - Uśmiechnął się smutno. - To były tylko wygłupy. Oni mi nic nie
zrobili... Tylko trochę oblali wodą.
Eh,
tłumaczył się jak dzieciak przed matką. A ja nawet nie wpadłam na pomysł
wzruszenia ramionami i olania sprawy.
- Oni?! Ile
ich było?! - Przyznałby się, bo zaczynam się niecierpliwić.
- Dwóch. Na dodatek bliźniaków! Dramat! O matko!
I
córko.
- Mam pomysł! Napiszę piosenkę o podwójnym
nieszczęściu... T ak... To będzie dobre.
- Mam lepszy
pomysł... Nie, nie. Mam jeszcze lepszy pomysł. - Nie mam żadnego pomysłu, tylko
jestem wkurzona. Ale powinnam szybko coś wymyślić, bo inaczej już nie będę taka
bystra jak się wydaje... Cholera.
Myśl,
myśl... Dosłownie słyszałam trybiki, obracające się w mojej głowie. Skoro je
słyszałam, to chyba były nienaoliwione. Na moje usprawiedliwienie dodam, że
moja wcześniejsza szkoła była normalna i w pierwszych tygodniach nikt nie
zrobił nikomu prysznica. ‘’Chodź do nas, do Słodkiego Amorisa. Będzie fajnie’’
Casandro,
pożałujesz.
- Nataniel
zarządza własnością szkoły, nie? Może poratuje cię jakimś sportowym uniformem
szkolnej drużyny.
- Naprawdę
nie trzeba...
- Ależ
trzeba! - Spojrzałam na niego poirytowana. - Teraz powinnam wstać i cię
pociągnąć cię za śliniak, tfu, żabot w stronę pokoju gospodarzy, ale nie mogę,
więc mógłbyś podwieźć mnie tam, żebym mogła osobiście pogadać o tym z Natanielem?
-
Oczywiście... - Pchnął mnie delikatnie i zaczął powoli prowadzić. - Wow, czuję
się jak matka z dzieckiem.
- Chyba
powiedziałeś to w złą godzinę - prychnęłam, starając się wymyślić jakiś
demoniczny plan utarcia mu nosa za takie teksty. - Nataniel, masz może jakieś
zapasowe ubrania, bo kolega się zmoczył w spodnie? - szepnęłam złośliwie, ale
na tyle cicho żeby usłyszał to tylko sam zainteresowany.
Jeszcze
rozejrzałam się dookoła. Nic się nie działo, chwila spokoju, pomijając
rozwrzeszczanych idiotów, biegających po holach. Czy my jesteśmy w podstawówce?
I gdzie ten przeklęty przewodniczący, jest zawsze kiedy go nie potrzeba, ale
jak akurat chcę go zobaczyć to ze świecą szukać.
W
końcu! Poza tym Peggy szła za Natanielem cała podekscytowana, próbując go
zatrzymać. Była jedną z nielicznych osób, które znałam z imienia - aż ciężko
jej nie kojarzyć. Zwłaszcza, że wszędzie chodzi z dyktafonem - pudło o takich
gabarytach zwraca uwagę...
- Nataniel! -
krzyknęła, unosząc rękę pod głowę, aby być choć trochę bardziej widoczna.
Blondyn odwrócił się, a potem kiwnął w stronę Peggy i ruszył w naszym kierunku.
Uśmiechnęłam się złośliwie do zażenowanego znajomego, ale nie zamierzałam robić
coś tak okrutnego.
- Margot,
Lysander, coś nie tak? Kastiel znowu coś wymyślił?
- Tym razem
nie on, ale ktoś oblał Lysandra wodą. Gdybyś nie zauważył. - Wskazałam dłonią
na przemoczonego chłopaka, ale szybko zacisnęłam dłoń, żeby ukryć pokaleczone
palce. Obgryzanie skórek to jednak bardzo zły nawyk.
- No tak.
Zaraz przyniosę jakieś ubrania i ręcznik. Kto to zrobił? - Oparł się ramieniem
o drzwi, otwierając je.
Pomieszczenie
było mniejsze niż zwykła klasa, mniej więcej o połowę. Okna były zasłonięte
splątanymi żaluzjami, a po podłodze walały się papierowe kubki po kawie i kilka
zgniecionych butelek. Na biurku leżały wieże z książek, zeszytów i luźnych
kartek.
- A więc to
tutaj. Jakieś bliźniaki, nie wiem. Nie macie w tej szkole monitoringu? Ani sprzątaczki?
- Nie miałem
czasu tutaj posprzątać, mam nadzieję, że wam to specjalnie nie przeszkadza. -
Nataniel uklęknął przy jednej z szafek i podał mi szkolny strój sportowy,
składający się z czarno-białej koszulki i czarno-błękitnych, luźnych dresów.
Sryt-Madryt,
Ameryka. Takie cuda tylko w Amorisie. A może po prostu dobijają przeciwne
drużyny swoim wyglądem.
Zapamiętać
- nigdy nie zapominać stroju od w-f, nawet jeśli nigdy nie ćwiczyłam. Nigdy nie
pozwól żeby wbili cię w to wdzianko. Nawet za cenę życia.
Bardzo podoba mi się twój blog! Ponieważ jestem początkująca, nie mam takiego doswiadczenia. Mogłabyś ocenić mojego bloga? Byłabym bardzo wdzięczna!
OdpowiedzUsuńDeynees
Rozpisałaś się, nie ma co. Przeczytałaś coś, czy tylko robisz spam?
Usuń